Nadszedł dla Maryi czas rozwiązania

W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym świecie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Podążali więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta.
Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna.
Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Wtem stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. i rzekł do nich anioł: «Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie».
I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami:
«Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał».
Łk 2, 1–14
Domenichino — Pokłon Pasterzy, około 1607–1610 r. (źródło: wikimedia)

Trudno jest napisać cokolwiek odpowiedniego na Święta. Szczególnie na Święta Bożego Narodzenia, bo to czas tak przepełniony — symbolami, konkretami, gestami, potrawami, prezentami, ozdobami, pieśniami i kolędami… Można czasem odnieść wrażenie przepychu, wręcz “obłędu” świątecznego. To jasne — cieszymy się z Jezusa, cieszymy się z siebie nawzajem, wracamy do dobrych wspomnień i budujemy atmosferę dla dzieci, dla rodziny, dla bliskich. To wszystko dobre i ważne. Bardzo się staramy i czasem wychodzi nam za dobrze. Również w świętowaniu warto znaleźć umiar.

Ten umiar może nam dać — jak zwykle — Słowo Boże i jego głęboka wymowa.

My, chrześcijanie żyjący dzisiaj, mamy dość czasu, żeby przygotować się na Święta. Mamy Adwent, mamy szereg tradycji i dobrych praktyk. Mamy tradycje, zwyczaje i wspomnienia, które wyznaczają nam drogę. Właściwie wszystko jest jasne — przewidywalne. Wiemy co będzie, wiemy jak będzie.

W dzisiejszej Ewangelii widzimy dwójkę ludzi — Józefa i Maryję, którzy właśnie mają świętować pierwsze w historii świata Boże Narodzenie i nie bardzo są na to gotowi. Są w drodze, poza domem — z dala od znajomych, rodziny i przyjaciół. Są zmęczeni. Co więcej nie mają gdzie się podziać — są bezdomni. Jakby tego było mało, właśnie ma narodzić się ich pierworodny syn.

Pamiętam ten czas, kiedy miała się narodzić moja pierworodna córka. Pamiętam poród i czas w szpitalu. Pamiętam, kiedy po wielu godzinach zmagania położna podała mi malutką Antośkę mówiąc “niech pan potrzyma”, bo nie miała chwilowo gdzie jej położyć. Pamiętam emocje, radość i lęk, wielkie zmęczenie i wielką siłę. Pamiętam to wszystko i wiem, że mimo, że był przy nas dobry lekarz i ekipa położnych / pielęgniarek i idealne warunki, to było ciężko.

Rodzice Jezusa byli poza domem, nie mieli gdzie się podziać i byli zmęczeni drogą. Drogą, która wynikała z dość kuriozalnego wymagania jakiegoś odległego władcy — poszli, żeby dać się zapisać. Nic z tego nie mieli. Nic nie zyskali. Musieli spełnić bezsensowny obowiązek narzucony z zewnątrz. Kaprys urzędników.

Niezły sobie moment wybrał Bóg, żeby się objawić na świecie — aby się narodzić. Jakby nie mógł przyjść kilka tygodni wcześniej albo później. Niezłych sobie wybrał rodziców — niedoświadczonych, zmęczonych i biednych. No i w ogóle cóż to za pomysł, żeby się objawić na świecie jako małe dziecko. Dziecko, które w kółko je, płacze, śpi i robi w pieluchę… i ma kolki. Nie można było zesłać jakichś rydwanów z ognia, przyjść w obłoku, powiewie wiatru, płonącym krzewie albo rozstąpionym morzu?

O tym właśnie są te Święta! Bóg przychodzi. W pozornie najgorszym momencie, do zupełnie nieprzygotowanych ludzi, którzy zmagają się z przykrą rzeczywistością — są ofiarami niemocy i machiny urzędników. Bóg przychodzi w sposób, który wymaga od nas wielkiego wysiłku i wytrwałości. Kolejna nieprzespana noc, kolejna pielucha, kolejna kolka, kolejny płacz, kolejny katar, otarcie kolan, gorączka… Bóg przychodzi, aby wybawić mnie, aby dać nowe życie, aby zwyciężyć słabości i grzechy. Przychodzi mocarz, wódz, wojownik, wybawiciel… ale przychodzi inaczej niżbym chciał.

Choć to strasznie trudne, to warto za kilka dni spróbować przebić się przez piękną tradycję Świąt, przez kolędy, makowce, choinki i prezenty. Przez opłatek, życzenia, rodzinę przy stolę i pełny brzuch. Przebić się i pójść dalej — do sedna Świąt. Do Świąt, które mają mnie przygotować na to jak Bóg chce przyjść właśnie do mojego życia! On chce przyjść i przyjdzie. Ale zupełnie inaczej niż bym chciał. Zupełnie mniej wygodnie, mniej przystępnie, w momencie gdy nie jest mi to na rękę.

Na szczęście, tak jak dziecko dla rodziców, niesie wielki wysiłek, ale razem z nim wielką radość, miłość i czułość… tak i Bóg, choć przychodzi nie w porę i nie w czas, choć powoduje, że nagle jest niewygodnie, głośno, ciężko — to przychodzi, aby przynieść dużo więcej niż zabiera.

Co więcej ten Jego sposób przyjścia do nas jest dużo lepszy niż ten, który sami byśmy sobie wybrali jako najlepszy. Bo to Bóg przychodzi do mnie. On wie jak i kiedy! Ja mam tylko Go przyjąć, jak malutkie dziecko… a wszystko potem się dobrze potoczy.

Tego sobie i nam wszystkim życzę — na Święta i każdy kolejny dzień. Byśmy potrafili przyjąć Boga, tak jak On chce. Bo tak jak dla Maryi, dla nas też przychodzi dzisiaj dzień rozwiązania.


Szukasz więcej takich tekstów? Podoba Ci się to co tu znajdujesz? Zapraszam na stronę https://kazdywschod.pl oraz na oficjalny profil na Facebook’u: https://www.fb.com/KazdyWschod. Na obu stronach można polubić, udostępnić innym, polecić konkretne teksty, lub cały projekt… Robiąc to pomagasz by te teksty dotarły do jeszcze większej grupy osób! Roznośmy dobro dalej… Z góry dziękuję za wsparcie.


Ostrzeżenie: Powyższy tekst zawiera prywatne refleksje autora. Mogę one zawierać błędy rzeczowe, logiczne, dogmatyczne, ortograficzne i wszelakie inne. Co prawda, dołożono wszelkich starań, aby ich nie było. Mimo to, należy do tego tekstu podchodzić z rezerwą (tak jak i z resztą do większości treści znalezionych w sieci). Jeśli zauważyłeś jakieś błędy, masz wątpliwości, inne poglądy lub doświadczenia — daj znać! Pozdrawiam.